XVIII Halowe Finały – niedzielne mecze, na zdecydowanym wyższym poziomie niż te grupowe.

Na każdych finałach, niedziela staje się tą wyjątkową, bo mecze są na zdecydowanym wyższym poziomie niż te grupowe. Tylko należy pamiętać, że same w sobie finały to zespoły z najwyższej półki w danym sezonie.
Wśród kategorii Lektor Starszy, Pietrzykowice cieszyły się już tydzień temu, że trafiły w półfinale na Chybie. Widać los im sprzyjał, bo zespół z parafii Chrystusa Króla, przyjechał osłabiony. Mimo braków kadrowych walczyli dzielnie, ale sposób gry Pietrzykowic jest tak niewdzięczny, że trudno było liczyć na coś więcej. Zaś Bogdał i spółka zagrali tradycyjnie twardo i zdecydowanie. Mateusz w niedzielę, zagrał zdecydowanie lepiej niż tydzień temu, co z automatu skutkowało lepszą grą całego zespołu. Zwycięstwo i kolejny finał przed nimi. Sami zastanawiali się, z kim zagrają? Bo akurat trudno było znaleźć odpowiedź patrząc na drugą parę półfinałową. Konfrontacja Jawiszowic z Rzykami to było najlepsze spotkanie w tym dniu. Piękna, mądra i szybka gra obu ekip, gdzie bramkarze musieli wzbić się na wyżyny swoich możliwości. W pierwszej połowie kombinacyjna i techniczna gra zespołów skutkowała tym, że Jawiszowice stworzyło sobie 4 klarowne i właściwie stuprocentowe okazje do zdobycia bramki, zaś Rzyki trzy. Ręce same składały się do oklasków patrzą na zawodników, którzy co rusz szukali okazji, by się cieszyć golem. Radość była wielka, kiedy Mateusz Pękała wyprowadza na prowadzenie zespół z osiedla. Euforia na hali, która po wznowieniu gry w drugiej połowie jest jeszcze większa, gdy znów najlepszy na boisku Pękała zdobywa drugą bramkę. Dla Jawiszowic, to komfort; dla Rzyków świadomość, że oddalamy się od finału. Mecz coraz bardziej się otwiera, a zawodnicy grają na granicy faulu. Zdarza się, że reguły gry też przekraczają, co skutkuje kartkami. Rzyki mają kilka okazji, ale w ostatnim momencie pudłują i owa okazja zmarnowana. Liczba akcji z szansami na bramkę w obu przypadkach to 9, więc jak patrząc przez pryzmat długości grania meczów, jest to naprawdę imponująca liczba. Rzyki zmieniły koszulki, już nie tradycyjne białe w zielone paski z napisem Leskowiec Rzyki, ale po raz pierwszy czerwone z czarnymi wstawkami po bokach i rękawach. Zmianę strojów tłumaczyli, że skoro w tamtych nie wygrali, to może te okażą się zwycięskimi. Zmieniły się barwy, jednak nie zmieniły się okoliczności. Rzyki grają jak nigdy, ale przegrywają w decydującej chwili jak zawsze. Cóż, pokolenie Antoniego Beera czy Nikodema Cibora widać chyba smaku mistrzostwa nie posmakują. W meczu o trzecie miejsce postarali sobie odbić niepowodzenie i po zdecydowanej grze zwyciężają Chybie 2:0 ciesząc się z brązowego medalu. Zaś finał w tej kategorii był piątym kolejnym meczem finałowym z rzędu obu ekip. W 2024 spotkali się w superpucharze, następnie w 2025 na halowych finałach i letnich oraz w superucharze. Wszystkie te mecze wygrywały Pietrzykowice. Drużyna z Jawiszowic osiedla już doprawdy odczuwała wielki kompleks Pietrzykowic i mieli jedno marzenie: w końcu ich zatrzymać. Pietrzykowice tradycyjnie, męsko, siłowo i twardo grali. Więc zawodnicy z parafii MB Bolesnej musieli zagrać technicznie, bez wdawania się w z nimi w kontakt. I tak było. Kiedy pojawiał się kontakt, obie ekipy miały trudności z opanowaniem emocji, czego efektem są żółte kartki, a nawet czerwona. Natomiast po zdobytej bramce w drugiej połowie Szymona Kubiczka, radość i euforia była tak wielka, że zawodnicy dali taki upust szczęścia, że nawet strzelec gola, gotowy był uściskać sędziego niczym kolegę z drużyny. Tak wielki ciężar spadł im z serca, że potrafili przezwyciężyć od tylu miesięcy trwającą przewagę Pietrzykowic. Piłkarsko, technicznie i jakościowo Jawiszowice były lepsze, ale nie była to przewaga deklasująca, bo przecież obie ekipy są od dwóch sezonów najlepszymi z najlepszych. Przecież te pięć finałów z rzędu grać razem w takich meczach, to o czymś świadczy.
W kategorii Lektor Młodszy mieliśmy powtórkę z drugiej rundy eliminacji, gdzie Rzyki konfrontowały się z Jaworzem. Wtedy lekcję gry i upokorzenia doświadczyli podopieczni pana Bartłomieja Beera 1:3; a mogli jeszcze wyżej przegrać. Jednak nie tym razem. W Jaworzu cieniem siebie był Franciszek Beer, teraz na finałach, to był Pan Piłkarz. Pewny siebie, zdeterminowany, aby pokazać wszystkim jakim jest zawodnikiem. Zaś Jaworze, chyba z jednej strony zbyt pewnie podeszli do swoich możliwości, które mają jako cały zespół, zdecydowanie większe niż ekipa z Rzyk. Zaś z drugiej strony, chyba zbytnio przestraszyli się i bojaźliwe podeszli jak zwykle do samych finałów. Porażka 2:1, chociaż dwie sytuacje stuprocentowe mogły przechylić szalę na wygraną, a na pewno na remis i możliwość dogrywki. To niesamowite, jak duet Beer – Buda poradzili sobie z taką jakością, jaką posiadają jaworzanie. Wprost nie do uwierzenia, ale właśnie tak bardzo jest nieprzewidywalna piłka, która potrafi wszystkie oceny i analizy przewrócić do góry nogami. W drugim półfinale Jawiszowice osiedle bardzo dobrze się zna z zespołem z Grojca. Tak jak w eliminacjach, tak również na finałach remis 1:1, ale tu akurat w ½ finału trzeba było poznać zwycięzcę. Więc dogrywka i bramka fantastycznie dysponowanego Antoniego Szota i podopieczni ks. Michała Styły, meldują się w finale. Tam znów czekać ich będą kolejni znajomi; tym razem z Rzyk. Dla samego ks. Michała, to również mecz dość trudny emocjonalnie, bo przecież to rodzinna parafia, więc kosztuje go ten mecz jeszcze więcej, niż każdy inny. Spotkały się na ten moment dwie najlepsze drużyny, od kilku lat systematycznie walczące ze sobą. Rzyki stały przed historycznym wyczynem, bo od czasu Rajczy, jeszcze nikt nie obronił tytułu halowego. Więc znowu to powiem; znów może do znudzenia to stwierdzę, że właśnie dlatego Rajcza nosi przydomek „Galaktyczna”. Wielu gdzieś próbuje przepchnąć, dopiąć sobie określenie, jednak sami widzimy, że trudno byłoby póki co komukolwiek dorównać. Jawiszowice pokonują Rzyki 1:0 i ten o którym wielu mówiło, czyli Mateusz Walusiak, zdobywa zwycięską bramkę. Natomiast zespół ma na ten moment sześciu wielkiej klasy zawodników, którzy dają niesamowitą jakość drużynie, a ta po trzech latach, wraca na szczyt. O tym szczycie marzyło Jaworze, stawiane jako główny i przede wszystkim z największymi szansami na tytuł. Jednak znów, gdzieś głowa nie zadziałała. Kiedy grali już bez presji, w meczu o III miejsce, zagrali jak przystało na ich predyspozycje. Był polot, kombinacja gry, szybkość akcji i ciąg na bramkę, szczególnie będącego w kapitalnej formie Maksymiliana Skrzydelskiego, walczącego o koronę „Króla Strzelców”. W formie cieszenia się po bramce przyjął pozę Bellinghama, a przy drugiej bramce w „małym finale”, jako pierwszy w historii Bosko Cup, zdjął koszulkę w euforii radości, co oczywiście skutkowało żółtą kartą. Więc chłopaki, radość po bramce jest piękna, ale naprawdę przypominamy, że nad emocjami należy panować, a zdjęcie koszulki, jest niesportowym zachowaniem.
W kategorii Ministrant zaczęliśmy w meczach półfinałowych od dogrywek, a nawet karne musiały pomóc w rozstrzygnięciu. W meczu o III miejsce Jawiszowice lepiej radziły sobie z piłką, tym samym we wszystkich kategoriach, jako jedyna parafia, ma drużynę na podium, zwyciężając 2:1 Pietrzykowice. Zaś w finale, choć bardzo wyrównanym, Istebna, za sprawą Daniela Ruckiego, genialnego na tych finałach, pokonuje 1:0 Chybie, tym samym w końcu doczekali się tytułu.
XVIII halowe finały, może jeśli chodzi o atmosferę, to sam nie wiem czy ona nie była jedną z najtrudniejszych jeśli popatrzymy na cała historię i to z jednej strony za sprawą zawodnika, a jeszcze bardziej za sprawą zachowania rodziców. Wiele razy ostatnio na to zwraca się uwagę, że problemy wychowawcze młodego pokolenia biorą się ze złego świadectwa i złego przykładu jaki my dorośli dajemy swoim dzieciom. Gdzie niejednokrotnie dorośli swoją buńczucznością, podsycaniem, siłowym szukaniem i upublicznianiem wulgaryzmów i kłótliwością, wprowadzamy niepotrzebny chaos i nerwowość. Czy naprawdę o to w życiu chodzi? Uczmy dzieci radości z tego co robimy. Jednak z drugiej strony uczmy je, że za błędy muszą ponosić konsekwencje. Bo porażki, błędy, mają nas czegoś uczyć. Z nich mamy wyciągać wnioski. Dziecko nie może kryć się cały czas za kloszem rodziców, ale musi wiedzieć, że każdy czyn, pociąga za sobą konsekwencje; które należy ponieść. Nawet jeśli one są trudne i bolesne. Niedziela, na szczęście uratowała wszystko, bo jak śpiewa Budka Suflera: „a po nocy, przychodzi dzień, a po burzy spokój….” Przyszedł na szczęście spokój, piękny dzień piłkarskich emocji, które dały nam radość z tego co niosło boisko. Mimo zawirowań, mamy kolejne finały na kartach historii, które należy uznać mimo wszystko za udane.
