XVIII Letnie Finały – niedziela – artykuł: „Witajcie w naszej bajce

„Witajcie w naszej bajce”, tak może powiedzieć każdy mistrz w poszczególnej kategorii. Bo to jest niebywała bajka, która staje się rzeczywistością. Grojec jak już wspominaliśmy, w sobotę zaczął blamażem, bo jak inaczej nazwać porażkę w grupie z Chybiem 3:0. Od kilku sezonów, zespół Macieja Molendy jest stawiany w gronie faworytów. Ten mecz rozpoczął i tą samą konfiguracją pary kończyła kategoria Lektor Młodszy swoje mecze. Z dramaturgii do euforii dla jednych, z euforii do dramatu, dla drugich. Niedziela dla Chybia najpierw to ekstaza, radość po pokonaniu największego faworyta, czyli Jawiszowice osiedle. Kiedy stracili bramkę i wydawało się, że Jawiszowice odzyskują równowagę po wyrównaniu, wtedy akcja lewą flanką i chyba strzał życia Jakuba Lapczyka; gdzie mimo iż Łukasz Krzywolak wyciągnął się jak struna, nie zdołał sięgnąć piłki, która wpadła w okienko bramki. Ale żeby z takiego konta wymierzyć tak precyzyjnie starzał, to trzeba być kozakiem. Grojec spokojnie, ale konsekwentnie realizował plan taktyczny. Na to trzeba zwrócić uwagę: Grojec, to mądra, dojrzała, precyzyjna, poukładana i taktyczna drużyna. Widać praca pana Maćka przynosi takie efekty, że tam każdy wie, co ma robić na boisku. I tylko jedno hasło obowiązuje od pierwszej do ostatniej minuty: trzymamy swoje pozycje! Bo najgorsze w meczu, to mieć na boisku chaos. Natomiast kiedy po straconej akcji, wracasz szybko na pozycję wyjścia, wtedy widać, że bronisz nisko – po co atakować przeciwnika pod jego bramką, rozszczelniając formację? Nisko bronisz, zagęszczając środek, a wtedy rzucając się na przeciwnika, ruszasz z zabójczą kontrą i bramka. Efekt? Najmniej straconych bramek. Wielkiego zaskoczenia nie ma, że zdobyli upragnione, długo wyczekiwane mistrzostwo. Tak mądrze rozegrany finał, to panie Macieju, Guardiola by się nie powstydził; a nawet by Wam przyklasną z uznaniem. Chybie można rzec nie miało wiele do powiedzenia. Grojec z Rybarzowicami zagrał skutecznie, ale z szanowaniem sił, bo wiedzieli, że finał będzie gatunkowo cięższym meczem. Nie tyle, że z Chybiem, chociaż z tego powodu również. Najpierw należy pamiętać, że presja rewanżu i to strasznej plamy na honorze, to należy zmazać: 3:0 bardzo bolało wszystkich. Chcemy się odkuć. Natomiast finał rozgrywa się inaczej. Finał rozgrywasz nim on się zacznie: bo chciałeś się w nim znaleźć, a kiedy się znalazłeś pojawia się stres, by go nie przegrać. Tyle na niego czekaliśmy, teraz spełniliśmy marzenie. Tylko by ono było pełne, trzeba wygrać to spotkanie. Wiesz, że z nimi przegraliśmy w grupie, trzeba się więc zrewanżować. Samemu nakładasz presję na siebie. Kibice i wszyscy będą szczególnie nas oglądać, w końcu to finał. Ile tego wszystkiego jest w głowie. Te wariacje, szajby, nerwy, stres, to wszystko trzeba opanować….i tu zaczynasz zauważać jak ważny jest mental, który charakteryzuje wielkich zawodników. Kiedy hymn wybrzmiał i ruszyli na płytę boiska, oni weszli w ten mecz. Natomiast pierwszy gwizdek sędziego i niczym najpiękniejszy tytuł dzieła nagrody Nobla chcieli wypowiedzieć w kierunku Chybia: witajcie w naszej bajce! Na czym ta bajka polegała? Na dojrzałej grze, poukładanej i co najważniejsze: ci zawodnicy, nie, że słyszeli tylko z ławki: wracamy na swoje pozycje! Trzymaj pozycje! Oni to naprawdę robili! Potrafili czytać grę i dojrzale wyciągać wnioski. Tak grającego perfekcyjnie taktycznie zespołu dawno nie widzieliśmy. Profesorem w defensywie był Filip Molenda, który w każdym meczu grał dojrzały futbol, jednak reżyserem gry, który z lekkością wyprowadzał akcję nakręcając Grojec na polot i finezję niczym Bernardo Silva to Igor Ruciński. Czy ten zawodnik w ogóle ma układ nerwowy? Bo bez podpalania, ale ze spokojem potrafił piłki rozdzielać – to się nazywa wcielać w życie to, co założyli sobie przed meczem. To już nie bajka, to rzeczywistość. Jednak oni chcieli, by ta bajka skończyła się happy endem – i tak było; bo wznieśli puchar do góry za wywalczone mistrzostwo. Jawiszowice osiedle liczyli na sukces końcowy, jednak sukces był jedynie w meczu o brąz, który osiągnęli. Można rzec, że od 2023 roku, osiedlowa parafia w letnich finałach gra nieprzerwanie w TOP4: zwycięstwo, III miejsce, IV miejsce, III miejsce, czyli według kolejności powinno być za rok mistrzostwo. Zatem zobaczymy. Dla nich finały nie okazały się bajką, ale lekkim niedosytem; o którym Rybarzowice chyba nie mogą mówić. Dla lektorów z parafii MB Pocieszenia, naprawdę wielkim pocieszeniem jest TOP4. Kiedy w eliminacjach wręcz wyszarpali remis w meczu z Bielskimi Złotymi Łanami na 10 sekund przed gwizdkiem sędziego; chyba nie spodziewali się, że będzie tak dobrze. Wczoraj już było przyzwoicie, więc jak na sam zespół, to oni osiągnęli naprawdę dużo.
Dużo, obficie to mają w kategorii Lektor Starszy Jawiszowice osiedle. Ta bajka, to dopiero bajka! Król okazuje się być jeden, a jest nim cała drużyna z osiedla. Potwierdzeniem na królewską rangę jest akcja z finałowego meczu, po której fantastyczną bramkę zdobył Szymon Kubiczek. Tam każde ogniwo funkcjonuje perfekcyjnie, a niektórzy są w przestrzeni już galaktycznej. To się nazywa team spirit w pełnym wydaniu. Na wielkie słowa uznania zasługuje kolejny raz Mateusz Pękała, będący w kapitalnej dyspozycji, z polotem gry i napędzaniem zespołu, by drużyna szła po swoje. A w tym sezonie oni naprawdę idą po swoje. Mistrzostwo halowe, teraz mistrzostwo lata…..już tylko zostaje Superpuchar i spełnią marzenie o „potrójnej koronie”. Oni tego tak bardzo pragną już od kilku sezonów. Życzymy im tego, by ta bajka miała swój happy end. Chociaż Pietrzykowice zrobią wszystko, by pokrzyżować im plany. Tylko muszą zagrać o dwie klasy lepiej niż w niedziele, na którą kilku zawodników nie dojechało. Bo pytanie gdzie był bramkarz? Kamil Bożek, który od wielu lat uchodzi za generała miedzy słupkami w zespole z parafii NSPJ, a te finały, to najlepiej szybko zapomnieć. Kacper Gacek który zawsze był walczakiem, za co kartki też łapał, jednak ważniejsze, że walory gry pokazywał. Tym razem oprócz kartki, było słabo. Gdzieś zeszło powietrze, uciekła determinacja i to 4:0 z Jawiszowicami było tylko potwierdzeniem, że oni po prostu jako zespół na te finały mentalnie nie dojechali. Kilka indywidualności miało przebłysk, jak Tadeusz Chochór, ale poza tym totalnie rozczarowali. Natomiast ciekawie i bardzo dobrze zaprezentował się Zagórnik, który po przerwie, znów podobnie jak w 2024, zajmuje II miejsce. Pytanie: czemu zespół sukcesywnie się nie zgłasza do udziału, mając taką solidną ekipę? Szczególnie warto docenić bramkarza. Mateusz Fila zagrał fantastyczne zawody, uprzykrzając życie Pietrzykowicom, a później Jawiszowicom w finale. Ten zespół niech częściej pojawia się na Bosko Cup, bo wnosicie dobrą grę, którą przyjemnie się ogląda.
Bajka Chybia wśród ministrantów rozpoczęła się od jednej bramki, na której wjechali do fazy pucharowej. W sobotę skromne zwycięstwo z Jawiszowicami, a wcześniej remis bezbramkowy z Brzeszczami, pozwoliły na rywalizację w niedzielę. Jak to się dzieje, że w pierwszym dniu zdobywasz jednego gola, by w drugim dniu, gdzie zdecydowanie powinno być trudniej, pomnażasz kapitał siedmiokrotnie? Widać odpowiednio do nazwy stowarzyszenia. Najpierw pewnie pokonują Jawiszowice z osiedla, by w finale ten rewelacyjny zespół z Brzeszcz, z którym w sobotę zremisowali, teraz w ostatnim meczu na tegorocznych finałach, rozgromili 5:0. Totalny nokaut, ale same w sobie Brzeszcze, mogą mówić o wielkim sukcesie w debiucie, zajmując drugie miejsce. Apetyt na coś więcej miały Pietrzykowice, które fantastycznie grały; dosłownie rewelacyjnie … do ostatnich 40 sekund meczu. Niepotrzebny faul blisko bramki i rzut wolny, który na 10 sekund przed końcem meczu Karol Domagalik zamienił na złotego gola z awansem do finału. Podopiecznym ks. Jarosława Fijołka pozostała walka o brąz, która zakończyła się sukcesem.
To były kolejny raz fantastyczne finały, które dla jednych okazały się być prawdziwą futbolową bajką, jaka została pięknie zapisana w annałach naszych rozgrywek. I tu jawi się nam w dwóch przypadkach klasyczna opowieść o brzydkim kaczątku, które na oczach całego świata, nagle rozwinęło skrzydła i pofrunęło po puchar. Niewielu wierzyło, że stać ich na taki happy end, ale oni udowodnili, że na zielonej murawie niemożliwe po prostu nie istnieje. Za te piłkarskie emocje, za to co zaprezentowaliście chłopaki w niedzielnych meczach, należy się wam wszystkim chapeau bas!
